Nie tylko blogi obfitują w radosną twórczość niewyżytych literatów. Dzisiaj odwiedzimy http://zgromadzenie.nightwood.net/showthread.php?t=4021 Zapraszam.
Zimne światło księżyca odbijało się od ściętego mrozem śniegu. [Faktycznie zimne to światło.] Późny styczniowy wieczór był wyjątkowo zimny i nieprzyjemny. [Czyli księżyc nie codziennie jest taki mroźny?] Ciche [i mroźne?] skrzypienie śniegu towarzyszyło każdemu krokowi [Skrzypienie i krok się wybrali na spacer.] smukłej, młodej dziewczyny idącej miejskim parkiem. Ciemne długie włosy nie przykryte czapką tworzyły gęstą falę wokół jej głowy. [Czy po przykryciu czapką by się wyprostowały?] Pogrążona w ciemnych myślach dziewczyna nie zwróciła uwagi, że od dłuższego czasu jest obserwowana. [Myśli były tak ciemne, że nic nie widziała.] Myślała o swoim życiu, o tym jak jeden błąd potrafi wszystko schrzanić. [Tak to jest, jak się używa przeterminowanych gumek.] Mimowolne westchnienie wyrwało się z młodej piersi. [Ciekawe, co jeszcze się w niej skrywa.] Jeszcze tylko kawałek i znajdzie się w swoim mieszkaniu. Włączy telewizor, obejrzy jakiś melodramat. Znajdzie swój spokój.
Nagłe szarpnięcie za ramię oderwało ją od rozmyślania o planach na wieczór. [Polsat czy TVN, Polsat czy TVN...] Dziewczyna szarpnęła się nie wiedząc co się dzieje. [Sama się szarpnęła za ramię? Cóż za autoagresja.] Tyle razy chodziła tym parkiem i nic się nie działo. Dzisiejszy wieczór był jednak inny. Dzisiejszy wieczór miał odmienić całe jej życie. [Dziś spotkała pana w prochowcu, który postanowił się przed nią otworzyć.]
Obudziła się obolała. [Gwałtownie się otworzyć.] Siedziała oparta o drzewo. czuła jak po jej szyi cieknie cieniutka strużka krwi. Delikatnie dotknęła palcami miejsca zranienia. W świetle księżyca ujrzała swoją dłoń umazaną we krwi. Spróbowała się podnieść - udało się. [Dzielna dziewczyna.] Stanęła chwiejnie na nogach i rozejrzała się wkoło. Nikogo nie było widać. [Nawet prochowca!] Powoli ruszyła w stronę swojego domu zastanawiając się intensywnie jaki cel miał ktoś raniąc ją w szyję i uciekając nie zabrawszy jej nawet portfela. [Mógł zabrać co innego.]
Weszła do mieszkania i zatrzasnęła za sobą drzwi. [Dobrze, że nie przed sobą.] Zdjęła pobrudzony krwią płaszcz i poszła zmyć z siebie krew. Zabarwiona na czerwono woda spływała na brodzik pod prysznicem. Dziewczyna zakręciła wodę i otuliła się ręcznikiem. Krew przestała już lecieć. [Krew też zakręciła. Ciekawe, gdzie ma kran.] Dziewczyna podeszła do lustra i obejrzała ranę. Dwa spore nakłucia na jej szyi wyglądały dość dziwnie. [Miały dwie pary rąk i wyłupiaste oczy.] Z westchnieniem zmęczenia ["Ach, jestem taka zmęczona!"] zrobiła opatrunek i udała się do łóżka.
Słońce raziło ją w oczy. [Ciągle zapominała, żeby nie podglądać słońca przez lornetkę.] Za mocno stanowczo mocniej niż normalnie. [Przez lunetę też nie.] Jak to dobrze, że nie musi się ruszać z domu - Z tą myślą otworzyła wczesnym rankiem oczy. Popatrzyła na zegarek. Siódma rano. Haniebna godzina na wstanie. [Jaka myśl śmiała obudzić mnie przed dziesiątą!] Podniosła się z łóżka i z premedytacją zaciągnęła zasłony na okno. [Zbrodnia z premedytacją jest surowiej karana, czy ona o tym wie?] Popatrzyła jeszcze chwilę na okno po czym odwróciwszy się na pięcie pomaszerowała do łazienki. Po drodze wstąpiła do swojego biura (tak nazywała pokój w którym stało biurko i komputer, na którym tworzyła swoje książki) [Od razu lepiej się pracuje, gdy pokój jest odpowiednio nazwany.] i włączyła komputer. W łazience popatrzyła na swoje smętne odbicie w lustrze i zapytała głośno sama siebie:
- Co ja jeszcze robię w tym mieście? [I co ja robię tu-u-u? Co ty tutaj robisz?]
- Dusisz się. [Znowu ta autoagresja, polecam wizytę u psychologa.] - Odpowiedziała sama sobie, po czym zajęła się szorowaniem zębów.
Na szczęście już niedługo jej dom na wsi zostanie skończony i będzie mogła się przeprowadzić. Tymczasem jednak spojrzała na siebie w lustrze. "Czas stworzyć kolejny rozdział tej opowieści" - przemknęło jej przez myśl. Wyszczerzyła do siebie zęby w szerokim uśmiechu cwaniaka i... spotkał ją szok. [Uśmiechanie się bywa niebezpieczne dla serca.] Dwa zęby boczne, zwane potocznie kłami [Tak naprawdę nazywały się Alojzy i Ludomir.] były wyraźnie dłuższe i jakby ostrzejsze. [I twardsze?] "Nie nie nie ..." pomyślała kręcąc głową "...zaczynam popadać w jakąś paranoję" [To może jednak psychiatra?]
Około godziny piątej popołudniu stwierdziła, że kubek kawy stanowczo poprawi jej humor. [Ale koniecznie ze Starbucksa.] Rozdział nad [Nie mylić z rozdziałem pod.], którym pracowała był już niemal całkowicie skończony. [No cóż, praca męczy; powinna czasem dać wypocząć rozdziałowi.] Wymagał jednak drobnych kosmetycznych poprawek [Manicure, pedicure i trochę poprawić fryzurę.], na które całkowicie i bezgranicznie nie miała siły. [Keine Grenzen! Jak dobrze być w Schengen.] Wstała niechętnie zza biurka i pomaszerowała do kuchni po kubek gorącego napoju. Wracając zerknęła w lustro zawieszone w przedpokoju i aż przystanęła zszokowana. [Spoglądanie do lustra, jak widać, też jest niebezpieczne.] Jej włosy dotąd ciemno brązowe zrobiły sie niemal białe [Trzeba było nie odkładać tego fryzjera.] a w oczach pozostał już zaledwie niewielki ślad dawnego bursztynowego brązu. [Gdzie moje kurwiki?!] Zaniosła kawę na biurko w pracowni i wróciła przed lustro. Spojrzała na siebie dość krytycznie. [Do końca miesiąca nie wyjdę od fryzjerki!]
- Tak będziesz wyglądać tylko nocą. - Osoba, do której należał ów głos stała oparta o framugę drzwi kuchennych. Ciemna wysoka postać w pelerynie z kapturem. [Dobrze, że nie w prochowcu.] Twarzy nie było widać. [Może to i lepiej?]
- Kim jesteś i jak tu wszedłeś? [a/s/l?]
- Jestem [więc my... Cholera, nie ta kolejność.] ... me imię i tak nie ma większego znaczenia. Robert. [Jest w tym imieniu drapieżna nuta.] Dla mnie nie istnieją drzwi ani ściany. [There is no Doors. There is no Wall.] Dla Ciebie zresztą też nie.
- Myślę, że jednak istnieją... - Powiedziała i wyciągnęła dłoń w celu złapania klamki drzwi do pracowni. Ku jej bezgranicznemu zaskoczeniu ręka przesiąkła przez klamkę nie chwytając jej. [Trudno chwytać, gdy się przesiąka, do tego trzeba skupienia.]
- Rada Cię wzywa. - Spokój Roberta był nadzwyczaj podejrzany. [Dziewczyna ufała tylko osobom rozglądającym się nerwowo lub panikującym.]
- Rada? Jaka znów rada?! - Dziewczyna miała najwyraźniej serdecznie dość. [Bo serduszko ma słabe.]
- Rada wampirów Lady Aleksandro... [Rada będzie rada cię ujrzeć.]
Ciężkie osikowe drzwi zamczyska na skraju miasta otworzyły sie bezgłośnie, co spowodowało tym większe przerażenie Aleksandry, niż gdyby wydały z siebie donośny jęk. [No nie wiem, jęczące drzwi są dość niepokojącą wizją.] Zastanawiające było to, że nigdy wcześniej nie zauważyła istnienia budynku a przecież codziennie jeździła tą drogą by nadzorować postępy w budowie jej własnego pałacyku. [Oho, dom na wsi ewoluował w pałacyk.] Nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi by budynek, jakże rzucający się w oczy, stał tu wcześniej. [Może rzucał się w oczy nienachalnie? To nietaktowne tak się narzucać.]
Robert i Aleksandra weszli do przestronnego holu a drzwi same zamknęły się za ich plecami.
- Nie rób takiej przerażonej miny - Zaśmiał się Robert ukazując długie wampirze kły. [Nie ma to jak kojący widok wampirzych kłów.]
Aleksandra popatrzyła na niego i po krótkim zastanowieniu [Szukała odpowiednio złośliwej riposty.] syknęła:
- No tak już i tak nic gorszego mnie nie może spotkać. [Nie udało się.]
Robert stanął w miejscu i spojrzał na nią bez cienia uśmiechu.
- Mogło cię spotkać. - Powiedział patrząc w oczy dziewczyny z wyrazem zamyślenia. ["Hę?"] - Zawsze mógł cię zaatakować wilkołak. [Z dwojga złego lepszy blady kochanek niż włochaty. Czy ty wiesz, jak taka sierść kłuje?] - Chwycił dziewczynę za ramię i patrząc w oczy powiedział: [A ja jestem gładko wygolony!] - Przemiana w wampira nie boli, jednak przemiana w wilkołaka tak. [Cholerne pchły.] Wilkołak traci samokontrolę a wampirom zdarza się to nadzwyczaj rzadko. [To my odbieramy wilkołakom ich samokontrolę. Ja mam już całą kolekcję.] To że jesteś wampirem to nie przypadek. [Cholerny kreacjonista.] Zostałaś wybrana. Uszanuj decyzję rady i bądź wdzięczna losowi za taki zaszczyt. [Zdecyduj się, losowi czy radzie?] - Puścił dziewczynę, która zatoczyła się próbując złapać równowagę.
-Zaszczyt? - Patrzyła na swego towarzysza szeroko otwartymi srebrnymi oczyma.
-Tak. Zaszczyt. [Nie masz słownika?! «To, co stanowi powód do dumy». Jeszcze jakieś pytania?] - Przy tych słowach szarpnął [Ale się szarpią. Nie łatwiej poprosić?] za mosiężną klamkę ogromnych drzwi. - Witamy na zebraniu wampirów. [Posiedzenie rady nadzorczej?] - Powiedział.
Aleksandra potoczyła wzrokiem po ogromnym pomieszczeniu. [A wzrok posłusznie poturlał po posadzce.] Przy niezwykle długim wysokim stole siedziało chyba ze sto osób. Wszyscy ubrani byli tak samo. Długie czarne płaszcze z ogromnymi kapturami, w chwili obecnej wszyscy mięli odsłonięte twarze. Uwagę dziewczyny przykuło to, iż wszyscy wyglądali podobnie. Długie czarne włosy (zarówno u kobiet jak i u mężczyzn), [długie] czarne oczy i woskowata cera. [Chodzi oczywiście o czarny wosk. Swoją drogą, czy wszystko musi być takie długie? Rozmiar nie ma znaczenia!]
- A więc jesteście nareszcie. - Z końca sali powstał wampir w kapturze(jako jedyny miał ukrytą twarz [Pieprzony trądzik.]) - Siadajcie zatem czas bowiem rozpocząć naradę.
Aleksandra rozejrzała się wokół siebie i zauważył [Olek? A ty co tutaj robisz?!] jedyne dwa wolne miejsca obok młodej wampirki. Ruszyła w tym kierunku stukając obcasami w marmurową posadzkę. Robert podążał za nią nie odzywając się. Odsunął jej krzesło [Cham jeden, pewnie aby miała dalej.] po czym sam zasiadł na swoim. Twarze wszystkich wpatrzone były w nich. Aleksandra zapytała półgłosem :
- Czemu wszyscy się tak jakoś patrzą dziwnie? [Mam coś na twarzy?]
- Zwyczaj nakazuje zdjąć kaptur by wszyscy widzieli twoją twarz. [Aha, nie mam twarzy?] - Powiedziawszy to odrzucił kaptur na plecy i gestem kazał zrobić jej to samo.
Aleksandra niepewnie zrzuciła kaptur płaszcza [A zebrane dookoła wampiry cofnęły się z odrazą.], który podarował jej Robert jeszcze w domu. [Nic tak nie wyraża uczuć jak płaszcz w podarku.] Gwar na sali zamilkł nagle. Oczy wszystkich skierowały się na Aleksandrę. [Wiesz co, może jednak nałóż kaptur?]
- Sprawa pierwsza na naszym dzisiejszym zebraniu dotyczy poszerzenia naszych szeregów o białą wampirzycę. [Są zbyt ciasne, żeby ją pomieścić.] Witamy wśród wampirów Lady Aleksandro. [Oto twoja legitymacja, po zebraniu zgłoś się do sekretariatu załatwić formalności.]
Na sali rozległy się brawa.
Kolejne sprawy omawiane na zebraniu były, jak to określił przewodniczący wampir, mniejszej wagi [No cóż, trzeba przyznać, że Aleksandra figury modelki nie miała.] i całe zebranie skończyło się bardzo szybko. Sala wypełniła się rozmowami. [Przyszły rozmowy i od razu się zrobił tłok koło bufetu.] Aleksandra siedziała na swoim miejscu przyglądając się otoczeniu. Kilka wampirzych oczu obserwowało ją ukradkiem. [Wampirza pozostała część udawała obojętność.] Ktoś postawił przed nią puchar z jakimś napojem jednak nie była na tyle odważna by zajrzeć do środka.
- Wypij.- Usłyszała tuż obok siebie i spostrzegła kpiące oczy Roberta.
Zadziorna natura dziewczyny dała o sobie znać. Chwyciła za puchar i zajrzała do środka. [Ciekawe, gdzie zadziorna natura ma łapki.] Czerwona substancja wydawała się zachęcać wyglądem. "Mam nadzieję że to nie krew" przebiegło jej przez myśl. Umoczyła usta w napoju i poczuła tak dobrze znany jej smak. [Mmm, truskawkowe.] "Jak można pomylić markowe wino z krwią?" - Zapytała w myślach sama siebie.
I z tym pytaniem was zostawiam, drodzy czytacze.
[Lóru scripsit.]
Zbyt długa przerwa w szydzeniu wpływa dodatnio na moje wyrzuty sumienia - zaczynają istnieć. Żeby czym prędzej zrobić z nimi porządek i przywrócić je do stanu prawidłowego niefunkcjonowania znalazłam sobie ofiarę. Tekst pochodzi z bloga
http://iritchien-legolas.blog.onet.pl. Ile ciągów dalszych nastąpi
trudno powiedzieć, tekstu jest na tyle dużo, że mamy z czego wybierać.
Proszę państwa, nadworny zespół komentujący przedstawia pierwszą część perypetii uczuciowych Najpiękniejszego Elfa w Śródziemiu.
Interesuje się Władcą Pierścieni i bardzo lubię czytać blogi z nim związane więc postanowiłam że sama napiszę blog o podobnej tematyce. [uhm.] Notki będą pojawiać się co sobotę a w czasie wolnym od szkoły może nawet częściej. [autorce życzy się jak najwięcej zajęć] To mój pierwszy blog więc proszę o wyrozumiałość w przypadku wystąpienia błędów) [wyrozumiałość? Aż musiałam zajrzeć do słownika…]
Niedokończona Miłość. Odcinek pierwszy.
Trzecia era. Po wojnie o pierścień królestwo króla Thranduila rozwijało się wspaniale. [Ktoś wprowadził w życie dobre reformy gospodarcze.] [Balcerowicz musiał odejść.] Król mógł się także pochwalić swoim synem Legolasem, księciem mrocznej puszczy, który po wojnie bardzo zmężniał i wyprzystojniał. [Jeszcze? ŁoEru, to pewnie nie mógł przejść, żeby kilka panienek nie padło trupem z wrażenia.] [miejsce na ironiczny uśmieszek]
Pewnego dnia po śniadaniu [A! Ten bohater posiada potrzeby fizjologiczne! O_O] Legolas postanowił wybrać się na przechadzkę do lasu.[Nazbierać sobie kwiatków i upleść wianek, który będzie podkreślał kolor jego oczu.] [polecam bieluń. Człowiek się po nim od razu lepiej czuje.] Dzień był słoneczny i wiał lekki wiaterek. Legolas położył się pod drzewem i odpoczywał. [A nad nim latał motylek, a przy nim bieżał baranek.] Słońce grzało mu twarz, a lekki wiatr działał usypiająco, po chwili Legolas już spał. [No tak, bo nocami to dziewki, hulanki, swawole, tak?]
I spałby pewnie do wieczora gdyby nie pewne wydarzenie,które miało na zawsze zmienić jego życie. [Cóż za nietakt, nikt już książęcego snu nie uszanuje.] [<załamuje ręce i patrzy w sufit> Eru, więc to będzie TAKI fanfik?!]
Nagle senna atmosfera prysła, a ciszę przerwał ostry krzyk. Legolas zerwał się z ziemi jak oparzony, sięgnął instynktownie po sztylet z którym się nigdy nie rozstawał [sztylet miał tak wypolerowane ostrze, że mógł go używać jako lusterka] i pobiegł na miejsce, z którego dochodził hałas. Gdy dotarł na miejsce (nie było to blisko ale elfy mają doskonały słuch) [no a jakże] nikogo tam nie było, nie było nawet śladów jakiej kolwiek walki. Coraz bardziej zdziwiony [„Ktoś mnie budzi bez powodu? Pfff!”] [czujecie ten powiew tajemnicy?] zaczął przeszukiwać zarośla. W końcu już miał zrezygnować, ale usłyszał cichy jęk dochodzący z krzaków po lewej stronie. Podszedł bliżej, odgarnął zarośla i stanął jak wryty! Na ziemi leżała piękna elfka. [A jakże by inaczej, uroda to podstawowa cecha elfki w krzakach.] [O Eru, marysueis salva nos! ;(] Miała długie włosy koloru złota i ubrana była w błękitną, lekko poszarpaną suknię. Legolas wziął ją na ręce i spostrzegł że elfka ma wplecach strzałę. [A niech to, taka strzała w plecach komplikuje pierwszy kontakt…] [dzielna była ta elfka, ani jęku ze strzałą w plecach. xD] Natychmiast pobiegł z nią do zamku. Gdy dotarł tam wbiegł od razu do Sali Tronowej.
- Królu– krzyknął Legolas wpadając jak wicher do komnaty. [Ja bym na jego miejscu krzyknęła coś bardziej na miejscu, np. Jeża tanio sprzedam albo coś w tajnym elfim kodzie, np. Ciotka Eugenia przyjedzie na zielonym mearhasie.]
-Legolasie, co ty wyprawiasz? [„Gdzie z tym truchłem?!”]
- Mało co…urwał bo zobaczył elfkę [Spostrzegawcza sztuka. Więc to jest ten słynny „elfi wzrok”?] której wyciekająca z rany krew zdążyła zrobić dużą plamę na sukni. [Masz ci los. Jeszcze podłogę zachlapie.]
- Kto to jest? Co jej się stało? [„Dlaczego nie przestrzega etykiety dworskiej?”]
- Ojcze nie teraz, trzeba posłać po Elronda do Rivendell. [Dwie minuty drogi niespiesznym krokiem. Chyba, że już odpłynął ku wiecznemu szczęściu, to wtedy pięć.] [Zabawne. Mrocznopuszczańskie elfy są aż tak medycznie upośledzone, żeby łeb Elrondowi zawaracać? I kto to widział, ruszać kogoś ze strzałą w plecach? Dobrze, że to grafomański fanfik, bo inaczej złotowłosa elfka przeszłaby w czas, nomen omen, przeszły.]
- Tak,tak. Ja to zrobię a ty połóż ją gdzieś i postaraj się zatamować krew.
Nie dokończył jeszcze zdania a Legolasa już nie było. [Nagle stwierdził, że boi się krwi i uciekł?] Książę położył elfkę na swoim łóżku [Och. Kajam się z powodu mego karygodnego sceptycyzmu] (jego komnata była najbliżej) i wyjął strzałę z rany elfki, po czym lnianym bandażem starał się zatamować krew. [ktoś tu przespał kilka lekcji na PO] Gdy krwotok się zmniejszył do komnaty wszedł Elrond [Super pakiet! Lekarz ze skrzydełkami!] a z nim Thranduil.Legolas opowiedział mu jak znalazł elfkę, a w tym samym czasie Elrond próbował usunąć ranę. [wyciął ją nożyczkami, a w puste miejsce wkleił ceratę?]
- A więc mówisz że nie było tam nikogo z nieprzyjaciół? Spytał Elrond.
- Nie nikogo nie widziałem, nie było nawet śladów walki.
- Bo może walki nie było - wtrącił się Thranduil.
- Jak to?! - spytał z furią Legolas [no co pan taki nerwowy?]- A ona sama sobie wbiła tą strzałę tak?! [Zaczynam podejrzewać, że Legolas używał strzał metodą „podejdź i wbij komuś w dowolną część ciała, a gdyby się opierał, zdziel go łukiem”.]
- Uspokójcie się – zawołał Elrond. Opatrzyłem jej ranę, ale teraz będzie jej potrzebny spokój [Ranie z pewnością. Musi się pogodzić z staniem na krawędzi niebytu. I ceraty.] więc najlepiej będzie jak stąd wyjdziemy.
– Czy mogę z nią zostać? - spytał Legolas.
- Tak – tylko nie budź jej.
- Jesteśmy ci bardzo wdzięczni Elrondzie – powiedział Thranduil.
- To dla mnie drobnostka, w końcu jestem uzdrowicielem, poślijcie po mnie gdy się obudzi [Wszakże jesteśmy niemalże sąsiadami] [Tharanduil za wodą, i Elrond za wodą...] - powiedział Elrond i wyszedł z komnaty w towarzystwie Króla. Legolas przysunął sobie krzesło do łóżka i przyglądał się elfce. Była bardzo ładna i Legolas dziwnie się poczuł, gdy na nią spojrzał. [Wydawało mu się, że przeleciał już wszystkie ładne elfki w okolicy, a tu taka niespodzianka…] [stawiam, że po prostu nie przywykł do innych ładnych twarzy poza własną.] W końcu zmęczony zasnął. [Biedactwo.]
Gdy się obudził słońce było już wysoko.Popatrzył na łóżko ale ono było puste. [Znowu powiew tajemnicy.] Przestraszony Legolas zaczął rozglądać się po komnacie ,ale nigdzie nie było elfki. W końcu postanowił sprawdzić na tarasie. [Wymyślenie tak zmyślnej kryjówki zajęło mu, co prawda, godzinę, ale zwycięzców się nie sądzi.] Wszedł na taras i odetchnął z ulgą, stała tam owa elfka i patrzyła w niebo. [myśląc, że ta cerata na jej plecach będzie pod kolor] Legolas podszedł do niej.
- Nie powinnaś wstawać z łóżka - powiedział. Elfka popatrzyła na niego zdziwiona.
- Kim jesteś? Gdzie ja jestem?
- Nazywam się Legolas, a to jest zamek mojego ojca, króla Mrocznej Puszczy Thranduila.
- Ja nazywam się Iritchien.
- Piękne imię. Czy jesteś głodna? ["Po co masz takie wielkie zęby?"]
- O tak.
- Więc zapraszam cię na śniadanie.
- Z przyjemnością przyjmę zaproszenie tylko nie mam w co się przebrać.. - elfka mówiła prawdę, miała na sobie ciągle zakrwawioną suknię [No tak, to bardzo wskazane, leżeć w zakrwawionych sukniach. Rana się szybciej goi]
- To się da załatwić – powiedział Legolas i wybiegł z komnaty. Po chwili wrócił z kilkoma sukniami.
- Skąd je masz? Nie zauważyłam żeby mieszkała tu jakaś elfka. [Bo wszystkie padły trupem na widok wyprzystojniałego Legolasa.]
- To suknie Arweny, czasami do nas przyjeżdża [hm, hm ;>] z Aragornem [jęk zawodu] i wtedy mieszka w komnacie gościnnej, ostatnim razem zostawiła je u nas.
Elfka wzięła od Legolasa pierwszą z brzegu suknię, była ona czerwona z trójkątnym dekoltem ozdabianym rysunkami kwiatów i długimi przeźroczystymi rękawami. [dekolt ozdobiony rękawami? To zapewne ostatni krzyk mody. Ten, który woła o litość.]
- Podoba ci się? - spytał Legolas.
- Jest piękna.
- W takim razie ja wychodzę a ty się przebierz, poczekam za drzwiami.
Legolas czekał tylko chwilę. Z komnaty wyszła Iritchien [jak się bliżej temu imieniu przyjrzeć, zaczyna się kojarzyć z irytacją…] [A wiesz, że faktycznie? :D] i razem poszli na śniadanie. Gdy weszli do komnaty, powitał ich król Thranduil.
- Witaj królu, przedstawiam ci Iritchien.
Iritchien skłoniła się a król powiedział:
- Miło cię widzieć, kiedy mój syn przyniósł cię do zamku nie wyglądałaś najlepiej.
Legolas zarumienił się a Iritchien spojrzała na niego z wyrzutem.
- Dlaczego to zrobiłeś? To miejsce skalane jest śmiercią. Z każdej strony groziło ci niebezpieczeństwo.
- Dlaczego? Spytał Legolas całkiem zbity z tropu po gorzkich wyrzutach jakie zrobiła mu elfka. [Był przyzwyczajony, że każda elfka była jego, kiedy tylko mrugnął swemi pięknemi oczyma.] Po takim czymś spodziewał się raczej podziękowania, a nie krzyku i pretensji ze strony kogoś komu uratował życie. ["Nikt mnie naprawdę nie kocha, nikt nie docenia, wszyscy myślą, że jak mam błękitne oczka to nie mogę być Prawdziwym Facetem, ty podła, niewdzięczna kobieto, złamałem paznokieć, jak cię ratowałem!"]
- Przecież to była spokojna część lasu - powiedział.
- We dnie tak, ale w nocy nie. Jest powiedzenie które mówi: nie zapuszczaj się nocą w las jeśli chcesz jeszcze ujrzeć słońca blask.
- Nic ztego nie rozumiem. [Cóż. Powiedziałabym, o czym to świadczy, ale nie chcę być posądzona o antypatię względem bohatera…]
- Strzała– wykrzyknęła Iritchien - przynieś mi strzałę z mojej rany.
- Dobrze - powiedział Legolas i pobiegł do swojej komnaty. Po chwili wrócił. [trzymają takie pamiątki? To chore. I niehigieniczne. Ciekawe, czy jak ktoś ma tasiemca, to mu go wyjmują, a potem wkładają do słoiczka] [trzymają, a co. Jako relikwię.]
- Proszę.
Irithien wzięła do ręki strzałę i podniosła nóż zestołu. [Zestoł spojrzał z oburzeniem, bo nie lubił, jak brało się jego noże.] Położyła strzałę na stole i przecięła na pół. Okrzyk wydarł się z piersi Legolasa i Thranduila. Ze środka strzały wysypał się drobny czarny proszek. [Może do pieczenia?] [od kiedy grot strzały można przeciąć nożem? I od kiedy zatruwa się je PROSZKIEM? Widać, że się Cejrowskiego nie czyta ;)]
- Co to jest? Skąd to się wzięło w strzale? - zapytał Thranduil. [zabłądziło.]
Legolas spojrzał na elfkę i chciał żeby to wytłumaczyła, ale ta zrobiła się blada jak śmierć i upadłaby na podłogę gdyby nie refleks Legolasa, który złapał ją i wziął na ręce. [Cny rycerz, jak w mordę strzelił.] [czuję, że mimo to dybie na jej cnotę.]
- Zanieś ją do komnaty, a ja tymczasem poślę po Gandalfa Białego. [Gandalf biały z pewnością czai się za rogiem.] On będzie wiedział jak nam pomóc.
[Czy tylko mnie drażni wciąganie najważniejszych osobistości w Śródziemiu do takiej błahostki jak ranna elfka i zatruta strzała?] [Na pewno nie doceniasz powagi sytuacji. I będziesz się musiała kajać, kiedy się okaże, że chodzi o największą aferę w dziejach Ardy, przy której Sauron to niegroźna awaria.]
[ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi]
[Komentowały: Tira i Narb]
Grafomania potterowska chwilowo mi się znudziła, czas na odmianę. Okazy weny pełnosprawnej inaczej można znaleźć nie tylko na blogach, istna ich krynica znajduje się też na forach, np. pod tym adresem: http://zgromadzenie.nightwood.net/index.php?showforum=203. Poniżej kilka perełek z lyrycznej (nie mylić z liryczną) twórczości rozmaitych autorów:
Zaklęty wiatr
Miłość to zbyt wielkie slowo
by nazwac nim wszystko
co miloscia zdaje sie byc [Królestwo - metaforyczne - za chociaż jedno uzasadnienie, dlaczego niby powyższy banał ma być zapisany w sposób udający wiersz. I chociaż pół powodu, dlaczego niby brak polskich znaków ma wpływać na walory literackie. Czy „ś” jest mniej estetyczne niż „s”?]
NIE! [dziękuję za wyczerpującą odpowiedź.]
Milosc to nie slowo
to zaklecie
Po wielokrotnym urzyciu traci MOC [Słownik ortograficzny nie daje odpowiedzi na pytanie, jaką czynność autorka ma na myśli. Patrząc z etymologicznego punktu widzenia, czynność musi być mocno nieobyczajna. ]
TAK!
Milosc puka do naszych drzwi
Czy otwierajac nie pomylimy Jej z kims? [„O cholera, akwizytor…”]
Samotność równa się Śmierć
Tej jesieni, gdy liście spadły z drzewa,
dowiedziałam się, że przy mnie nikogo już nie ma. [Związek przyczynowo-skutkowy jest co najmniej enigmatyczny, chyba, że przyjaciele podmiotu lirycznego zapadają w sen zimowy.]
Poczułam się wtedy samotna i opuszczona,
miłość uciekła, nie mam, komu rzucić się w ramiona… [Niezawodnym rozwiązaniem opisanej powyżej sytuacji jest urwisko. O ile ktoś go złośliwie nie ogrodził, można się rzucać bez ograniczeń i o każdej porze roku.
Samotność, piękna pani, szeptała mi do ucha:
„Zostałaś sama, już nikt Twoich żalów nie słucha.
Zostałaś ze mną, bo ja jestem Samotnością. [„Wszyscy mają cię dość i tylko ja jeszcze jestem w stanie czytać te twoje, pożal się Morgocie, wiersze”]
Zostałaś sama, już nikt nie obdarzy Cię miłością...” [Pech. Ale urwisko cierpliwe jest i wszystko wybaczy.]
A ja Jej wierzyłam! A ja Jej zaufałam!
Kiedyś nawet myślałam, że Ona kocha i ja ją pokochałam.
Lecz ten, kogo Samotność pokocha – niech się strzeże,
bo go wnet smutna Śmierć zabierze… [Podmiotem lirycznym jest trup? A to ci niespodzianka.]
Życie byłoby łatwiejsze
Chciałabym móc... heh...
Chciałabym mieć świadomość, że
komuś na mnie zależy.
Życie byłoby łatwiejsze...
Życie byłoby łatwiejsze gdyby
świat uśmiechał się
czyimś uśmiechem
a wiatr szeptał
czyimś głosem. [Żeby nie dwa ostatnie niby-wersy brzmiałoby wypisz-wymaluj tak, jak powinny brzmieć żale skrzywdzonej przez cały świat, nieco egzaltowanej nastolatki skierowane do drugiej, najlepiej przy użyciu jakiegoś gg. Skasuj końcówkę i zatytułuj utwór. „Lament Przez Komunikator Internetowy” albo „Żale Współczesnej…” yyy… cholera, dlaczego wszyscy reprezentatywni Wielcy Odrzuceni byli facetami? Jeszcze raz: „Żale Współczesnej Gustawy (czyli Mickiewicz sprofanowany)”. ]
Złe życie [boli aż do śmierci.]
Idzie czas tak szbko, że
nie wiesz, co znim zrobić masz [nauczyć się wstawiać spacje w odpowiednie miejsca, tak na dobry początek.]
mija ci na byle co
a czasu wiele nie masz
[…]
Twoje życie jest dziwne
bo ty go nie rozumiesz
ja ci nie pomoge w tym
żebyś ty je zrozumiał [Kółko Wzajemnego Niezrozumienia]
Mineło już tyle lat
a ty wciąż tylko marzysz
żeby je zakończyć już
ale jeszcze nie czas twój [na szczęście jest to problem, który, prędzej czy później, sam się rozwiąże.]
Oto mój świat
Piękna linia szarości,
Unosiła się nad ziemię, [Nad światem unosi się prosta nieskończona czy co?]
Mówiąc nam o wolności, [O, ona nie tylko lata, ale też gada? Wzoruje się na pewnym słynnym Ośle?]
Wtedy, gdy patrzę na Ciebie.
Najpiękniejszy kwiecie,
Zawstydzający nawet czerwone róże,
Twe miejsce jest w mym baśniowym świecie,
W którym me myśli wędrują tam… ku górze. [Z braku konkretniejszych wskazówek w tekście wnioskuję, że wymieniona roślinka jest fasolą, a podmiot liryczny Jasiem.]
Tęcza to szaniec światła, ciągnący się nad krainami nie umarłych, [Na miłość Morgotha do samego siebie. Prawie jak porównanie homeryckie. Niestety, reklamy nie kłamią: prawie robi wielką różnicę. Co ma wspólnego tęcza z szańcem? A szaniec ze światłem? I co w tym wszystkim robią nie umarli?]
Wtem, gdy płacze Bóg obserwuje mnie, [Bóg obserwuje, gdy płacze? Czy może raczej płacze, gdy obserwuje?]
Każe myśleć o tych chwilach straconych,
Nim nasze życie jak czas nieubłagany… minie.
Droga, kończąca się na horyzoncie,
Ciągnie mnie na kraniec,
I jak krzyż stojący na Giewoncie,
Ujrzę jej koniec. [Metaforyczność drogi ciągnącej (za co?) podróżnych, jestem jeszcze, przy odrobinie dobrej woli, pojąć. Natomiast dlaczego podmiot liryczny ma coś ujrzeć jak krzyż na Giewoncie – nie mam zielonego pojęcia. I chyba wolę się nie domyślać.]
Rycerz śpiący w błękitnej trumnie, [Wnioskuję, że świat przedstawiony jest średnio wygodny do życia. Już samo farbowanie trumien na niebiesko musi być strasznie uciążliwe.]
Słońce świecące daleko,
Każda sekunda która mknie,
Tam wyżej, tak wysoko.
[...]
Widzę drzewa z pustymi liśćmi, [Z pustymi? Chlorofilu im pożałowali?]
Domy z załzawionymi oczami,
Kłęby dymu powoli płynące,
Krople deszczu powoli konające, [och, obojętnie przechodzimy koło niejednej konającej kropli deszczu… A może ona potrzebuje fachowej pomocy medycznej?]
I potoki płynące pod lodowymi kopułami,
I to wszystko… mógłbym oglądać godzinami.
Jak bym mógł nie widzieć tego piękna?
Gdy uśpiona radość z życia wydaje się tak cenna? [Współcześni poeci. Nawet nie zerkną na coś, co nie jest potencjalnie intratne.]
Staram się dojrzeć burzę, lecz jej nie widzę, [Zaproponuję taki wściekle logiczny wniosek. Czasami tego, czego nie ma, po prostu nie ma.]
Dlaczego każde marzenie które zburzę, tak powoli tracę? [Zapewne popsuty sprzęt, może trzeba by skontaktować się z producentem?]
Każda z tych chwil, przepełniona marzeniami,
Wypełnia nasz umysł błogimi myślami.
Wędrując po ścieżce własnej młodości,
Odchodzę… uciekam do krain radości.
Żegnam was wszystkich, choć na chwile,
Pragnę tu zostać… tu gdzie mogę żyć mile. [Rymy na zakończenie, natomiast, bezlitośnie burzą poczucie estetyki. Jeśli coś z niego jeszcze zostało.]
[Skomentowała Narb]
Druga część przygód dzielnego Harry'ego Pottera. Tekst pochodzi ze strony http://hpicv.blog.onet.pl. Część druga jest chwilowo częścią ostatnią, ale nigdy nic nie wiadomo.
Harry wyjął czysty pergamin i napisał twierdzącą odpowiedź i godzinę spotkania, a potem przywiązał miłej sówce do nóżki i odesłał z powrotem. Jeszcze nie miał okazji by kupić sobie sowę, chociaż Hermiona dręczyła go o to bardzo. [biła rózgą z sowich piór] Wrócił do łóżka i w marzeniach o różnego rodzaju sowach zasnął. [Harry, ty zoofilu...] Miał bardzo dziwny sen. Widział wielki dom, cały pokryty czarnymi kafelkami, a wokół niego mnóstwo węży. [tym razem węże... robi się coraz ciekawiej...] Wielkie wrota [czarne? Noo, to ja to skądś znam] stały otworem, ale Harry wiedział, że na kogoś czeka, a jeśli się zbliży, to węże go zaatakują. [E tam! Na pewno chcą go powitać wieńcami kwiatów.] Po chwili z domu wyszła stara wiedźma, a na jej widok węże uciekały w popłochu. [na wszystkich czterech łapkach] Harry miał przeczucie, że ją zna, tak mocne, że jego piersi ścisnął dziwny smutek. [piersi...? czegoś tu nie rozumiem... ale pozostaję tolerancyjna]
- Witaj mój prawnuku! [o, prababci to jeszcze w fikach nie widziałam xD] Nie musisz się mnie obawiać, lecz raczej powinieneś mnie wysłuchać i nie traktować tego jako snu, co jest najważniejsze! [konstrukcja tak karkołomna, że proszę siadać.]
- Słucham Cię babciu... – Powiedział mimowolnie. [jaki on uległy wobec starszych pań...]
- Lord Voldemort objawił się ze swojej okrutnej i fałszywej strony, [a miał jeszcze jakieś inny strony?] [widocznie był wszechstronny, w głębi swej skomplikowanej duszy] lecz musisz wiedzieć, że nie zawsze do końca taki był. [Och! Już nie mogę się doczekać tej opowieści...] [Oczywiście, że nie zawsze. Gdyby w dzieciństwie częściej częstować go cukierkami czekoladowymi, wyrósłby na filantropa.] Czeka Cię mój drogi bardzo ciężkie zadanie! [Ojej? Pokazać Złym Bohaterom, że bycie Złym jest złe?] Nawet Lord Voldemort to przy tym pestka! [ Taka z czeresienki czy ze śliwki...?] [Taka z truskawki :D]To zło, które od niego pochodzi i które będziesz musiał pokonać, jest tysiąc razy silniejsze. [Z pestki wyrosło nam drzewko i drzewko okazało się sekwoją.] Demoniczna siła połączona z wdziękiem i okrucieństwem jest w czymś, co mógłbyś łatwo pokonać, lecz gdy to wszystko połączone zostanie z największą Magią na świecie, o której opowiadał Ci Dumbledore, rozpęta się piekło. [Armagedon... no i doczekaliśmy końca świata...] [To już drugi w tym miesiącu] [Demoniczne drzewko. ^^] Od Ciebie zależy czy będziesz walczył tylko ze złem, czy dasz się złapać pułapce miłości, która złamie nawet największego wojownika. [Wzruszające. Ma ktoś może chusteczki?] Twoi przodkowie wysyłają już swoich, a teraz Twoich pomocników. [Skojarzenia z „Mulan” nasuwają mi się same przez się.] Musisz wiedzieć, że jest ich dużo, ale i tak wszystko zależy od Ciebie. Muszę się z Tobą już pożegnać, ale odwiedzę Cię jeszcze kiedyś. Dowidzenia Harry! [Eru, cóż to za dyrdymały!]
Harry chciał odpowiedzieć dowidzenia, ale gdy sen się skończył natychmiast się obudził. [Tak... to się wydaje nawet logiczne ] [Niewychowany. Prababci nie odpowiedzieć, prych.] Słońce powoli wschodziło nad horyzont.
- Ginny przestań biegać w tą i z powrotem! [ w tą? Czy to można podciągnać pod wątek yuri?] [przy takiej ałtorce może jednak nie xD] – Ron po raz kolejny wrzasną na siostrę bez rezultatu. [Ron się rozmnożył. Atakują Rony?] Obserwował jak Ginny biega po schodach Domu Wczasowego dla Czarodziejów. Nie mógł tylko zrozumieć dlaczego ona to robi. [jaki ten Ron niekumaty...] [ciężki problem filozoficzno-logiczny. Dlaczego Ginny biega?] [bo chce zostać NadGinny. Chyba przedawkowałam filozofię. ;P]
- Nie… mogę… muszę… zrzucić… kilka… kilogramów! –Wydusiła z siebie, po czym pobiegła na ścieżkę. [zdesperowana ] [No, wyjaśniło się.]
- Dlaczego ona tak biega? – Spytał Ron Hermionę, gdy tylko wróciła z zimnym piciem. Lubił patrzeć na swoja dziewczynę nawet rano gdy wstawała z łóżka, co dla niektórych byłoby szokiem. [no i poznaliśmy sekret, o którym Rowling milaczała przez wszystki tomy, pewnie dlatego żeńskie i męskie dormitoria są osobno] [szokiem było to, że Hermiona wstawała? A co miała robić, wystrzelać? ;P]
- Chce się podobać Harremu… I tak dalej… - Odparła i położyła się na leżaku obok Rona. Ron tylko prychnął i zamknął oczy. Ani on ani nawet Hermiona nie przypuszczali że będzie jej to potrzebne by chronić Harrego. [ciekawe czy w ogóle ktoś to przypuszczał...] [Aha. Ginny zaprezentuje wdzięki i legion Śmierciożerców przemyśli swoją postawę moralną.]
Harry otworzył drzwi Ministrowi Magii i uprzejmie zaprosił go do salonu, gdzie czekał na niego zimny napój. [I z utęsknieniem machał ogonkiem.]
- Dziękuję Ci Harry! – [„Zawsze mi wylewają pomyję na głowę, a ty masz dla mnie napój!”] Powiedział Minister, gdy usiadł na czarnej [ha!] atłasowej sofie. – Wiem, że nasze stosunki nigdy nie były ciepłe i nawet nie myślę, żeby takie były, [Harry i Minister... no proszę, tego jeszcze w fandomie nie było] ale Ty jesteś tym, który pokonał Voldemorta. Nie widziałem innego rozwiązania, musiałem powiedzieć o tym Tobie, bo to na pewno Cię zainteresuje, a co więcej zaniepokoi do tego stopnia, byś się tym przejął i mi pomógł. [Chytry psychologiczny plan.] Bynajmniej nie chodzi o gazety, bo żadna nic nie wie…Zgodzisz się mnie wysłuchać?[tylko wysłuchać? Łeee...] [Może lepiej “hurra”? XD] [Albo: „uffff”?]
- Oczywiście, skoro to takie ważne… - Odparł Harry i poczuł nie miły uścisk w żołądku. Przypomniał sobie słowa prababci, że najgorsze dopiero nadchodzi. [za Ministrem czaili się poborcy podatkowi.]
- Więc… Znowu pojawił się Mroczny Znak…
- Może ktoś się bawi? [w Śmierciobabkę... raz, dwa, trzy – śmierciożerca patrzy] [albo w “moje-Morsmordre-jest-większe-niż-twoje] – Zareagował Harry, ale powoli kropelki potu wychodziły mu na czoło. [w mozole wspinając się coraz wyżej...] [alpinistka... yyy, potternistka?]
- Nie Harry… Zabito, czy raczej zmasakrowano całą mugolską rodzinę. [Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, może Śmierciobabka się trochę zagalopowała?] Obawiam się, że ktoś pragnie zająć miejsce Voldemorta i początek ma bardzo udany! [Pierwsze wrażenie jest najważniejsze]
Harremu zrobiło się słabo, może z upału, lecz w domu było chłodno. [Jaki może być inny powód? A) założył sweter i było mu ciepło czy B) zorientował się, że siedzi w kominku?]
- Dlatego Harry, chcę żebyś dla mnie pracował!
- Nie… [Nawet przy najlepszych chęciach, trudno się tu dopatrzyć dyplomatycznego entuzjazmu.]
- I jak Ci już wcześniej powiedziałem, nie chodzi o uspakajanie ludzi. Chcę żebyś został Aurorem, bo odkąd Voldemort umarł, żaden Auror nie wykonuje dobrze swojej pracy. [Jasne, nie ma Naczelnego Złego Charakteru, to od razu wszystko na psy schodzi.] Są rozleniwieni i czekają na podwyżki jak sępy. [oj, bo się zaraz rozsierdzę :P] [i już knują powołanie związku zawodowego. Aurorski ZZ "Samoobrona".] Oferuję Ci siedem tysięcy galeonów miesięcznie, prawo do teleportacji i co najważniejsze prawo zabijania. [Harry Potter agent 007 – licencja na zabijanie] [pewnie zabójczą ironią] Mam na myśli oczywiście śmierciożerców, lecz jeśli zdarzy się, że zabiłbyś niewinnego człowieka, nie odpowiesz za to. [dogodne warunki, nie ma co] [komfort pracy to podstawa.]
- Nie… - Odparł znowu Harry . – Nie chce być mordercą! [nic jeszcze nie zrobił, a już panikuje...]
- Oczywiście nie musisz, możesz ich wsadzać od razu do Azkabanu, lecz jeśli by się zdarzyło, to nikt Cię nie ukarze za to! [Moment, kogo wsadzać? Tych niewinnych?] Pomyśl tylko o tym, że może zginąć tyle niewinnych osób, [zwłaszcza, jak się Potter rozhula z tą swoją licencją.] że tyle dzieci może zostać osieroconych, a tego byś nie chciał na pewno! [ Pewność niepewna...]
Harry wiedział, że był to szantaż psychiczny, [ciekawe tylko SKĄD Harry to wiedział...nie wnikam], ale z drugiej strony zgadzał się z Ministrem. Głos babci ciągle brzęczał mu w uszach: „Tylko Ty jesteś w stanie to pokonać, wszystko zależy od Ciebie!”[Harry – Neo second edition, welcome to the Matrix once more] [jakby to była Babcia E. W.... oj, już ona by mu zabrzęczała!].
- A więc dobrze, ale proszę mi obiecać, że będę mógł odejść kiedy będę chciał! [Ach, ta niezależność..] – Odpowiedział w końcu Harry, a Minister uśmiechnął się z zadowoleniem i pokiwał głową twierdzą, [Czym pokiwał? xD A przepraszam, miał też szyję-warownię?] co oczywiście prawdą nie było, ale cóż/ [I pewnie któs przez to zginie... Ale cóż...]
- Jutro dostaniesz listę, którą zrobiliśmy. Sprawdzisz tych ludzi, niektórzy się nie ukrywają z tym kim są więc możesz od razu ich aresztować, jak ich złapiesz…[złap mnie jeśli potrafisz...] Pamiętaj wszystkie zaklęcia dozwolone! Dowidzenia Harry! – Powiedział na koniec Minister i cicho się deportował.
W Wielkiej Sali Czarna Pani gratulowała swoim poddanym udanego dnia i połowu. [A na obiad będzie rybka…] [z frytkami. Czarnymi] [Miła ta Czarna Pani, jakby na to nie patrzeć. Mądra, przenikliwa, ludzka kobieta. Jak Lenin.] Śmierciożercy byli bardzo zadowoleni, że udało im się rozpętać panikę wśród ludzi, czyli taki mały wstęp. [czyli za libretto zrobi hekatomba. Jasna sprawa.]
Harry tym razem nie zmrużył oka, nie potrzebował snu. [W końcu jest wybrańcem, a to do czegoś zobowiązuje...] Jego dusza była tak bardzo poruszona tym co usłyszał, że czuł jakby ktoś podał mu eliksir wigoru. [To pewnie nie tylko duszę miał poruszoną XD] Świadomość, że niedawno myślał o tym, że brakuje mu przygód, przytłaczała go niczym ogromne poczucie winy. [świadomości szczerze życzę udanego przytłaczania, zakończonego uduszeniem. Mhrrry.]
[Tekst znalazła Gadzina] [Komentowały: Gadzina, Tira, Narb] [Redakcja: Narb]
Po długiej letniej przerwie powracamy z kolejną częścią opowieści o nadbagażu drużyny... to jest, oczywiście, o dziewczętach wciągniętych do Śródziemia przez wir. Niżej podpisana odkryła z żalem, iż blog o adresie http://wladca-pierscieni-inna-historia.blog.onet.pl/ nie istnieje, ale skoro tak się napracowaliśmy komentując, a chwilowo nie mamy nic innego do pokazania, nie odmówimy naszym drogim czytelnikom zabawy.
Nadszedł dzień wyprawy, słońce górowało już na niebie w którego blasku Riwendel [To z nowego tłumaczenia Łozińskiego?] wyglądało cudownie.
Złociste promyki padały przez okna wprost na twarz Juli która od niechcenia zaczęła powoli się budzić [Widzieliśmy już enigmatyczne robienie śniadania, więc budzenie się od niechcenia nie robi na nas wrażenia ;P] .czuła się cudownie ,łóżko było posłane najdelikatniejszym materiałem jakiego w życiu dotykało jej ciało [Ciało wyciągnęło łapki i macało łóżko.], pokój wypełniał piękny zapach lawendy.Przez kilka minut leżała tak jeszcze zastanawiając się czy to co ją i przyjaciółki spotkało było tylko snem czy jednak obudzi się w pałacu elfów . [Albo zastanawia się przez sen, albo śpi na jawie.] Otworzyła oczy bo tylko tak mogła się przekonać czy to prawda [Gratulujemy przenikliwości.] , usiadła na łóżku rozglądając się w około [W co się rozglądała?].A jednak to wszystko się zdążyło [Bardzo się śpieszyło, to i zdążyło.] teraz będzie musiała wyruszyć na niebezpieczną wyprawę by zniszczyć jedyny pierścień, tak tego przez całe choć krótkie życie chciała miała w końcu zaledwie siedemnaście lat [Bo każdy, kto ma siedemnaście lat, chce iść zniszczyć Pierścień.] .Nagle pięknie rzeźbione drewniane drzwi [Nie dało się upchnąć więcej epitetów?][Z pewnością by się dało, ałtorka cierpi na brak weny.] zaczęły się otwierać [I otwierały się i otwierały, aż się w końcu otworzyły.] i do pokoju weszły jej towarzyszki ubrane były inaczej niż tak jak nosiło się w świecie w którym się urodziły [Spodnie na głowie, majtki jako kamizelka.]. Wiktoria miała na sobie sukienkę z długimi rękawami sięgającej jej przed kolana na piersiach [Kolana na piersiach? Osobliwa anatomia...] była związana rzemykiem [Czyżby chcieli ją powstrzymać od wyruszenia na wyprawę? Bardzo rozumnie, ale trzeba było ją przywiązać do drzewa ;P], nogi zaś zdobiły jej piękne długie buty w kolorze brązu całość ubioru przykrywał jej równie zielona [Równie zielona co buty? Buty były brązowe :P <wypisuje skierowanie do okulisty>] peleryna [Peleryna transwestyta.], u pasa zaś zwisał jej miecz z przepiękną rękojeścią ,robiony przez same elfy. [Kilka elfów uwijało się przy pasie <szybkie zerknięcie na początek zdania> Wiktorii.] Magda natomiast ubrana była w szkarłatną tunikę sięgającą jej do bioder i przewiązaną rzemieniem w tali,spodnie w tym samym kolorze wpuszczone w długie czarne buty, oraz pelerynę w tym samym kolorze co przyjaciółka. [Jakiego koloru była jej przyjaciółka?] [Znów rewia mody się robi.]
-hej śpiochu wstawaj niedługo wyruszamy masz godzinę by się ubrać i przygotować - powiedziała dziarsko Magda . Widać było że cała przygoda coraz bardziej jej się podoba. [A komu by się nie podobała wycieczka do serca Mordoru?]
- hej wam o o o Madziu widzę że strach Cię [Mię?!] opuścił co to się stało , - zaśmiała się Julia i powoli wychodziła z łóżka [Musiała zejść po schodach, przejść przez korytarz do sieni, a potem otworzyć wrota łóżka.] by podążyć w stronę dębowej szafy w której leżały ubrania. [Nie! Już widzę, do czego to zmierza. To się powinno nazywać: Władca Mody – Drużyna Tuniki.] Znalazła tam niebieską tunikę , spodnie i płaszcz. a na stole spoczywał łuk taki sam jaki Magda miała na plecach. [W sensie, że Magda się garbi?] Po kilku minutach dziewczyna była już ubrana i gotowa do wyprawy .
-Wiki coś ty taka rozmarzona - zapytała Magda widząc cicho siedzącą przyjaciółkę zatopioną w myślach [Nie dali jej kawy ;P] [Mam nadzieję, że się utopi.]
- nic, kompletnie nic chodźmy już bo z pewnością na nas czekają
Wszystkie trzy zaczęły zmierzać ku fontannie którą poprzedniego dnia widziały. Dzień był piękny nic nie wskazywało na to że cokolwiek złego miało by się dzisiaj wydarzyć. Gdy pojawiły się w drzwiach prowadzących na plac usłyszały głos Gandalfa
- i Co dziewczęta gotowe na wyprawę
- tak jak najbardziej - rzekła Wiktoria- więc wyruszamy chyba [Nie, skąd wam to przyszło do głowy?]
Kilka minut później byli już poza Rivendel, żal było opuszczać tak wspaniałe miejsce ale tylko Bóg jeden wie ile tak samo pięknych Krain przyjdzie im odwiedzić i ile jeszcze strasznych pokonać. [To oni mieli pokonać jakieś krainy? A ja, naiwna, myślałam, że idą zniszczyć jedyny pierścień…]
- Aragornie , choć tutaj- zawołał Gandalf. [Araś, do nogi!]
Do czarodzieja zaczął podążać [Zanim skończył podążać, zaszło słońce i zapadł wieczór?] wysoki mężczyzna o półdługich kasztanowych włosach i lekkim [Czyli półdługim? A może ćwierćdługim?] zaroście.
Zaczęli coś pomiędzy sobą szeptać nie dało się dosłyszeć co . Po kilku minutach Aragorn przemówił do drużyny;
-idziemy przez góry , tak będzie najbezpieczniej
-Dlaczego nie przez Morię ! [Pytajnik się wyprostował. Widocznie nie chciał mieć łuku na plecach.] - oburzył się krasnolud -, zostali byśmy tam przyjęci godnie .Krasnoludy jak nikt wiedzą co to gościnność!!
Aragorn tylko pokręcił głową po czym dodał
- przez Morię będzie nie bezpiecznie [A nawet niebezpiecznie.] uwierz mi mój drogi druhu
-Gimli ma racje idźmy przez Morię jeżeli pójdziemy przez przełęcz Caradhrasu możemy tylko wystawić się na oczy [Biedne oczy.] nie przyjaciela [To na oczy (cokolwiek to znaczy ) czy na przyjaciela?] Saruman nie podejrzewa że mogli byśmy od razu pójść przez Morię [Bo przecież doskonale wie, że najpierw pójdą przez Caradhras, a dopiero potem zejdą do Morii.], zaoszczędzimy również czasu - wtrącił Legolas który właśnie przyłączył się do sporu.Wiktoria właśnie do tego momentu czytała przygody Drużyny zamieszczonej we 'władycy pierścieni" [W czym była zamieszczona drużyna? Władycy, władycy… Myślę, że można z pewną dozą ostrożności wysunąć tezę, iż ma to być liczba mnoga od słowa „władyka”. Sauron został zdegradowany z władcy do władyki?] .Zaczęła się bać bo nie wiedziała co mogło by je teraz spotkać [Było czytać szybciej ;P]
-Czy wy zawsze musicie postawić na swoim no dobrze idziemy przez Morię [Skoro musicie.] ale strzeżcie się cień który się tam znajduje nigdy nie spoczywa [Cały czas stoi na baczność.] i możliwe iż przyjdzie nam z nim walczyć . [Ach jej. To już lepiej byłoby walczyć z wiatrakami ;P]
Na twarzy czarodzieja malował się strach pomieszany z niepokojem Wiedział jednak że drużyna poniekąd ma racje. Więc zaczęli zmierzać ku kopalni ,nie wiedząc co ich czeka ani na co mogą się natknąć w tym jakże nie bezpiecznym miejscu. [To gościnność krasnoludów jest tak niebezpieczna?]
- Właściwie to skąd przybyłyście w zasadzie nic o was nie wiemy - zapytał znienacka Aragorn podchodząc do Wiktorii - słyszałem tylko że pochodzicie z Królestwa polskiego [Hm, nie wiedziałam, że mamy króla.] , jesteście więc słowiankami [Ależ ten Araś wykształcony.]
- Tak w pewnym sensie się zgadza ,ale nasza historia jest trochę dłuższa... [No tak, w końcu historia państwa polskiego jest dość długa…] -W czasie gdy Wiktoria opowiadała Aragornowi o tym skąd przybyły , Magda szukała czegoś gorączkowo w kieszeniach, po czym wyjęła telefon komórkowy
- jasny gwint nie ma tu zasięgu [Jak to nie ma, a śródziemskie połączenia bezprzewodowe „palantir”?] - warknęła po czym schowała telefon z powrotem do kieszeni peleryny
- a czegoś się z podziewała przecież nie jesteśmy w Gdańsku nie jesteśmy nawet w Polsce najprawdopodobniej nawet w Europie [Cóż za imponująca znajomość geografii.] przynajmniej nie w tej nowożytnej - zaśmiała się Julia - ciekawe co robią nasi rodzice czy powiadomili już policje że zaginęłyśmy [Świętują, że się ich wreszcie pozbyli.]
Niebo zdążyło już przybrać kolor granatu i [Wybuchło.] wysypać złotymi gwiazdami [Niebo się wysypało? Ojej, kto to posprząta?] , ukazał się również przepiękny księżyc w pełni oświetlający drogę podróżnikom. [Księżyc jest równie uprzejmy jak słońce.] Po kilku chwilach drużyna stanęła przed ścianą morii nie wiedząc gdzie są drzwi zaczęło powoli opuszczać ich przekonanie iż ta wyprawa zakończy się powodzeniem , bo skoro nie umieją znaleźć durnych drzwi to jak maja się dostać do samego Mordoru [Najwyższy czas, aby zadali sobie to pytanie. Lepiej niech wracają :P] [Trzeba im przyznać rację. Czarnej Bramy sposobem „na Morię” nie otworzą.] .Nagle światło padające z księżyca [Twardowski włączył latarkę.] oświetliło miejsce na ścianie pojawiły się zarysy które stawały się coraz wyraźniejsze ich oczom ukazał się srebrzysty zarys godła Durina, Drzew elfów wysokiego rodu oraz gwiazda Feanora zaś na samej górze widniał napis w języku elfickim głosił on „Drzwi Durina, Władcy Morii. Powiedz przyjacielu i wejdź”
- Mellon - szepną Gandalf [Kolejny schizofrenik do kolekcji.] a wrota do Morii stanęły otworem [Ałtorka postanowiła przyśpieszyć akcję.] [Akcji już nic nie pomoże.]
- co to znaczyło Gandalfie - zapytał z zaciekawieniem Frodo zanim jednak Czarodziej zdążył mu odpowiedzieć coś chwyciło młodego hobbita za kostkę i pociągnęło w stronę jeziora .Były to macki wielkiego potwora [Zjedz go, zjedz!] .Magda usłyszała tylko świst strzały obok ucha , następnie ujrzała sylwetkę Legolasa biegnącą [Legolas siedział w kąciku i płakał z tęsknoty za sylwetką, która go tak niecnie opuściła.] z napiętym łukiem w stronę potwora zaraz zanim mknął Aragorn [Co się stało zanim Aragorn mknął?] wymachując mieczem w powietrzu [Wymachiwanie mieczem jest bardzo pomocne.] [W utrzymaniu równowagi podczas mknięcia.] i ucinając jedną z macek .Magda nie zastanawiając się dłużej zdjęła z pleców łuk i strzeliła na oślep w potwora gdyż nie wiedziała za dobrze jak się strzela , los chciał że trafiła prosto w oko bestii która zawyła z bólu i wypuściła Froda ze swych śmiertelnych obięć [A ona chciał tylko trochę miłości.] . W ostatniej chwili hobbita złapał Boromir i wszyscy pomknęli w stronę wrót kopalni gdy tylko ostatni członek drużyny wbiegł do Morii potwór zniszczył przejście uniemożliwiając odwrót.[Uprzejmie poczekał.] Grupa chcąc nie chcąc musiała stawić czoła temu co kryje się w Kopalni. [Wyposzczeni górnicy?] [Nie, komitet powitalny krasnoludów.]
świetny strzał Madziu - pogratulowała dziewczynie Wiktoria poklepując ją po plecach.- nie wiedziałam że tak potrafisz.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko po czym dodała
- JA sama nie wiedziałam szczerze to celowałam w maski [Tam były jakieś maski? Śmierciożercy!]
Cała drużyna słysząc to parsknęła śmiechem który szybko umilkł gdy ich oczom ukazało się istne pobojowisko. Wszystko dookoła przyjaciół było usłane w trupach krasnoludów [Wszystko dookoła spało sobie słodko na trupach.] [A gościnność poszła w balrogi.] Gimli tylko zawył głośno biegnąc do jednego ze swoich pobratyńców. Nagle do ich uszu dobiegł dziwny dźwięk jakby bębnów i rogów. Legolas szybko rozpoznał melodie był pewien że są to rogi orków. [To kapela blackmetalowa „Wielki ork i kilku innych orków”]Grupa szybko pomknęła w górę schodów pędząc co sil w nogach [Chcieli zdobyć autografy.] przez jeden z korytarzów im dłużej biegli tym odgłosy były cichsze , a po kilku minutach kompletnie ucichły. [Zobaczywszy, że słuchacze zwiali, kapela się zbuntowała.]
Komentowali Lóru i Snjoflygsa